Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doniesienia prasowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doniesienia prasowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Oświęcimski oddział BGK

Artykuł ten ukazał się na stronie Banku BGK - z prośba o pomoc zwrócił się do mnie pracownik odpowiedzialny za napisanie tego artykułu













 



niedziela, 9 czerwca 2013

"Dotknięcie anioła". W Oświęcimiu kręcą historię żydowskiego chłopca



W Oświęcimiu pojawili się filmowcy kręcący polsko-niemiecki film "Dotknięcie anioła". Jest to historia żydowskiego chłopca, który razem z rodziną cudem ocalał z Holokaustu. Producent Małgorzata Walczak podkreśla, że nie jest to żadna superprodukcja. Stąd liczy, że do obsady części ról uda się znaleźć chętnych wśród mieszkańców Oświęcimia i okolicy. Film oparty jest na książce pod tym samym tytułem, autorstwa Henryka Schönkera, który przed drugą wojną światową, jako mały chłopiec, mieszkał z rodziną w Oświęcimiu.

Według Artura Szyndlera z Centrum Żydowskiego w Oświęcimiu, jest to opowieść, która nie odnosi się wprost do tragedii KL Auschwitz, ale jest także bardzo przejmująca. Porusza mało znany wątek nieudanej próby emigracji Żydów poza Europę.
Część zdjęć kręcona była już w Oświęcimiu jesienią ub. roku. Rolę małego Henryka zagrał Karolek Klęczar, uczeń pierwszej klasy Szkoły Podstawowej w Skidziniu (gm. Brzeszcze), a Fran-cis, towarzyszkę jego dziecięcych zabaw, Oliwia Ganobis z Oświęcimia.
Karolek wróci za kilka dni na plan z mamą. Barbara Klęczar mówi, że o castingu do roli małego Henryka dowiedziała się od znajomego. Zapytała syna, czy nie chciałby zobaczyć, jak kręci się film, a ten chętnie na to przystał.

- Jesteśmy w trakcie poszukiwań chłopca, który zagra "Bociana", przyjaciela głównego bohatera. Jest to o tyle szczególna postać, że podczas ich spotkań nad Sołą przewidział on tragedię, która wydarzy się po drugiej stronie rzeki - mówi Małgorzata Walczak.

Inną z ważnych ról, tytułowego anioła, także zagra oświęcimianin. Pan Włodzimierz (filmowcy na razie nie chcą ujawnić jego nazwiska) od kilku miesięcy zapuszcza włosy do swojej roli i w obecnej chwili nawet jego najbliżsi nie wiedzą, że wkrótce stanie przed kamerą.

Poza wykonawcami głównych ról, potrzeba będzie jeszcze ok. 50 statystów do scen zbiorowych. Między innymi przy placu Kościuszki 7 będą kręcone zdjęcia wypędzania rodzin żydowskich z domów przez SS-manów. - W Oświęcimiu i okolicy mamy siedem miejsc, w których będziemy kręcić w czerwcu zdjęcia - mówi reżyser Marek Pawłowski.

Filmowcy uprzedzają, że w błędzie są jednak ci, którzy liczą na wysokie gaże. "Dotknięcie anioła" to film niskobudżetowy. Jest to raczej okazja dla tych, którzy marzą, by stanąć przed kamerą i w ten sposób przeżyć swoją filmową przygodę. - Gra w filmie jest dla mnie nowym wyzwaniem. W tym przypadku szczególnym, bo znam osobiście Henryka Schönkera - mówi Mirosław Ganobis, także mieszkaniec Oświęcimia.

Jesienią zagrał rolę SS-mana. Reżyser był z niego zadowolony. Teraz ma wcielić się w postać ojca żydowskiej rodziny.

Casting

Kto chce spróbować swoich sił na planie filmowym, może przesłać swoją ofertę drogą mailową pod adresem: zoyda@wp.pl do 13 czerwca. Filmowcy z Warszawy spotkają się z wybranymi kandydatami podczas castingu, który planują przeprowadzić w Oświęcimskim Centrum Kultury. Osoby, które zostaną zakwalifikowane, proszone są o przyniesienie ubiorów charakterystycznych dla okresu sprzed II wojny światowej. Zdjęcia do filmu będą kręcone w czerwcu.






Żródło: www.gazetakrakowska.pl

czwartek, 8 listopada 2012

Międzynarodowy film o Henryku Schoenkerze

Karol Klęczar i Oliwia Ganobis podczas sceny zabawy
na planie fimu Fot. Bogusław Kwiecień
DZIENNIK POLSKI - BOGUSŁAW KWIECIEŃ

Popadająca w ruinę, opustoszała kamienica przy Małym Rynku 7 w Oświęcimiu była w sobotę miejscem zdjęć fabularnych do polsko-niemieckiego filmu "Dotknięcie anioła" na podstawie książki Henryka Schönkera pod tym samym tytułem.


W filmie występuje grupa oświęcimian, a główną rolę żydowskiego chłopca ocalałego Holokaustu, zarazem autora wspomnianej książki, gra siedmioletni Karol Klęczar ze Skidzinia (gm. Brzeszcze).

Podczas pierwszego dnia zdjęciowego należał on do najbardziej zapracowanych na planie. Było przenikliwie zimno, padał cały czas deszcz, w starej kamienicy było ciemno i chłodno, ale Karol radził sobie świetnie. Kciuki za syna trzymała mama Barbara.

- Zimno, ale podoba mi się - powiedział chłopiec po pierwszej scenie zabawy z przyjaciółką małą Francis. W tej roli wystąpiła Oliwia Ganobis z Oświęcimia, na co dzień uczennica trzeciej klasy Szkoły Podstawowej w Zatorze. Koleżanki z klasy nie wierzyły, że będzie występować w filmie.

- Szkoda, że tak krótko - żałowała po zakończeniu ujęć Oliwia. Jej entuzjazmu nie podzielała do końca mama Wioletta, widząc zziębniętą córkę.

Pochwał małym aktorom nie szczędził reżyser Marek Tomasz Pawłowski. Karol z Oliwką byli pupilami całej ekipy filmowej.

- Mamy wieloletnie doświadczenie w pracy z dziećmi na planie w telewizji czy w teatrze. Te dzieci są jednak wyjątkowe - podkreśla Małgorzata Walczak, producentka filmu.

Ponad 12 godzin zajęło kręcenie ujęć na Małym Rynku. W jednej z kolejnych dramatycznych scen zagrał Mirosław Ganobis, miłośnik historii ziemi oświęcimskiej, od lat zajmujący się m.in. dziejami Żydów w Oświęcimiu.

- Najpierw miałem grać stolarza, który w Wieliczce ukrywał rodzinę Schönkerów w czasie wojny, ale ostatecznie reżyser uznał, że wystąpię w roli oficera SS, który zabija Żyda przebranego za katolickiego księdza - mówi pan Mirosław.

Był to John Gottowt, znany przedwojenny aktor niemego kina w Niemczech, którego wojna rzuciła do Polski i Wieliczki, gdzie spotkał się z Schönkerami.

Pomysł filmu na podstawie powieści Henryka Schönkera od dawna chodził po głowie reżysera Marka Tomasza Pawłowskiego, dla którego fabularyzowany dokument należy do ulubionych gatunków. Jednym z jego filmów jest "Uciekinier", przedstawiający brawurową ucieczkę z KL Auschwitz Kazimierza Piechowskiego.

- Pięć i pół roku zajęło nam zgromadzenie budżetu, aby zacząć kręcić zdjęcia do "Dotknięcia anioła" - dodaje producentka filmu.

piątek, 22 czerwca 2012

Fabularyzowany dokument o Henryku Schönkerze, autorze książki Dotknięcie anioła

Henryk Schönker na planie filmu.
Fot. Robert Sotwin
Niezwykła historia Henryka Schönkera, opowiedziana w książce Dotknięcie anioła, stała się kanwą powstającego filmu pod tym samym tytułem. Scenariusz napisał sam bohater – Henryk Schönker.  Producentami reżyserowanego przez Marka Tomasza Pawłowskiego obrazu są: Zoyda Art Production, TVP 1, niemiecka stacja WDR, Polski Instytut Sztuki Filmowej, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Media Programme w Brukseli. Premiera jest zaplanowana na połowę 2013 roku.

 Henryk Schönker urodził się w 1931 roku w Krakowie w rodzinie artysty malarza Leona Schönkera. W 1937 roku rodzina przeniosła się do Oświęcimia. Ojciec Autora był ostatnim przewodniczącym gminy żydowskiej w Oświęcimiu. Wspomnienia Henryka Schönkera to niezwykła historia rodziny ocalałej z Holokaustu; to opowieść o wyjątkowych zbiegach okoliczności i ogromnej woli przeżycia towarzyszących Schönkerom od ucieczki z Oświęcimia poprzez  pobyty w Krakowie, Wieliczce, Tarnowie, Bochni aż do ewakuacji z obozu w Bergen-Belsen.

 Autor – opierając się na świadectwach swojego ojca – opowiada również o Biurze Emigracyjnym w Oświęcimiu, mającym umożliwić Żydom wyjazd z terenów okupowanych przez III Rzeszę do Palestyny. Początkowo – po ukazaniu się pierwszego wydania Dotknięcia anioła – wątek ten wzbudzał niedowierzanie. W 2008 roku dr Artur Szyndler z Centrum Żydowskiego w Oświęcimiu natknął się w jerozolimskim archiwum American Jewish Joint Distribution Committee na dwa dokumenty potwierdzające istnienie Biura Emigracyjnego oraz planów emigracji które – tylko w pierwszym etapie – mogły przynieść ratunek ponad 60 tysięcy Żydom.

 Henryk Schönker jest również bohaterem krótkiego dokumentu Agnieszki Uścińskiej i Jarosława Wątora pt.: I jest nowe życie.
Fot. Robert Sotwin
Źródło: dsh.waw.pl


Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Dodaj napis

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

Fot. Robert Sotwin

czwartek, 14 czerwca 2012

Powstaje film o polskim Żydzie z Oświęcimia. Będą kontrowersje?

Historia żydowskiego chłopca, który przeżył Holokaust, zainteresowała Instytut Sztuki Filmowej. Scenariusz polsko-niemieckiej produkcji napisał przed laty sam bohater - Henryk Schönker, Żyd z Oświęcimia, w książce "Dotknięcie anioła"

 - To jest trudny i kontrowersyjny film, na pewno nie przejdzie niezauważony - podkreśla Małgorzata Walczak, producent filmu.
Zdjęcia do fabularyzowanego dokumentu Marka Pawłowskiego bazującego na prawdziwej historii opisanej przez Henryka Schönkera rozpoczęły się w Oświęcimiu. W miejscu, gdzie przed wojną mieszkał wraz z rodzicami i siostrą.

- Z całej naszej rodziny uratował się tylko tylko ojciec, mama i ja z siostrą - mówi ze łzami w oczach Henryk Schönker na planie filmu, kręconego w całym mieście.

© Arkadiusz Zajas Allemedia.pl
- Trudno uwierzyć, że po tylu przejściach ja jeszcze żyję - dodaje starszy pan, który w chwili wybuchu wojny miał osiem lat.

W swojej książce opisał ucieczkę przed śmiercią z Oświęcimia, przez Kraków, Wieliczkę, pobyt w getcie w Tarnowie i Bochni, po obóz w Bergen-Belsen.

- Pan Henryk po 70 latach od tamtych zdarzeń wszystko dokładnie pamięta - podkreśla Małgorzata Walczak. - Rozpoznał bezbłędnie wszystkie miejsca, nawet skrytki na swoim dawnym strychu - dodaje producentka.

Henryk Schönker przy okazji opowiedział o zapomnianym wątku przedwojennej historii Żydów polskich, który został opisany w dokumentach odnalezionych w Jerozolimie przez dr. Artura Szyndlera z Centrum Żydowskiego w Oświęcimiu.

- Historycy mieli wątpliwości co do funkcjonowania w Oświęcimiu Biura Emigracyjnego, które miało organizować wyjazdy do Palestyny - wyjaśnia dr Artur Szyndler. - Biuro rzeczywiście istniało, ale formalnie nie udało mu się zorganizować żadnego wyjazdu.

Według różnych danych w 1939 roku w 14-tysięcznym Oświęcimiu mieszkało ok. 7-8,2 tys. Żydów. Miasto mogło się stać punktem masowej ich emigracji, a stało się miejscem zagłady.

- Może ten Holokaust nie przeszedłby w takiej okrutnej, strasznej formie, a może by do niego nie doszło, gdyby ktoś na świecie otworzył przed Żydami wrota. Niestety, nic takiego się nie stało - mówi Henryk Schönker we wcześneijszym reportażu "I jest nowe życie". - Ta "bezstronność" świata wykazana losem Żydów przekonała Niemców, że właściwie z Żydami można robić, co się chce - dodaje rozgoryczony.

Jak przekonuje w swojej książce i powstającym filmie, dla Żydów nie istniał żaden skuteczny system radzenia sobie z nazistowską opresją. Nie ratowały ich koneksje ani pieniądze. Nieliczni, którzy przetrwali, mieli ogromne szczęście i wolę życia. - Instynkt samozachowawczy ostrzegał nas i napinał nasze nerwy - mówi Henryk Schönker, który od lat mieszka w Stanach Zjednoczonych.

Całą tragiczną, a dla niego szczęśliwie zakończoną historię wojenną opowiedział ekipie filmowej. Na ekranach zobaczymy ją za rok.

Żródło: www.gazetakrakowska.pl

środa, 6 czerwca 2012

Film TVP o przedwojennym oświęcimianinie

Henryk Schenker, przedwojenny oświęcimianin po wielu latach powrócił do swojego rodzinnego miasta. Choć podczas wojennej tułaczki szczęśliwie uniknął Auschwitz ma do opowiedzenia wiele nieznanych światu historii. Już za kilka miesięcy TVP skończy zdjęcia do nowego filmu dokumentalnego.









Źródło: www.oswiecimonline.pl

czwartek, 9 czerwca 2011

Muzeum ziemi oświęcimskiej w piwnicy pewnej kamienicy

Miał być hutnikiem, a został właścicielem muzeum. Mirosław Ganobis z Oświęcimia zamiast schabowego woli kupić pamiątkę związaną z historią rodzinnego miasta. Za pocztówkę przedstawiającą nieistniejącą już synagogę przy ulicy Berka Joselewicza zapłacił 400 złotych.

fot. Monika Pawłowska
Fascynacja historią Oświęcimia rozpoczęła się od butelki z fabryki wódek i likierów należącej przed wojną do Haberfelda. - Zaintrygowało mnie, kim był i co robił Jakob Haberfeld - wspomina Mirosław Ganobis, pasjonat lokalnej historii. - Pytałem babcię, ludzi w mieście i zacząłem spisywać te historie - dodaje.

Szybko stwierdził, że młodzi ludzie niewiele wiedzą o swoim mieście, zwłaszcza o żydowskiej części historii. Dla zachowania pamięci i odszukania żydowskich korzeni mieszkańców Oświęcimia założył Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Izraelskiej.

- Naszym celem było odnalezienie rodzin rozsianych po całym świecie - wspomina Ganobis. - Wiele osób trafiło do Towarzystwa, a my przekazaliśmy im informacje, których szukali - dodaje.

Tropienie historii stało się jego prawdziwą pasją. Zatrudnił się nawet w dawnej fabryce Haberfelda, by móc dotknąć przeszłości. - Penetrowałem dawną wytwórnię wódek od strychu po piwnice, w poszukiwaniu śladów historii - opowiada Ganobis. - Dzięki temu mogłem ocalić meble, które stały w gabinecie. To najcenniejsza pamiątka w moich zbiorach. Dzięki nim rodzina Haberfelda, kiedy przyjeżdża do Oświęcimia, czuje się tu jak u siebie w domu - dodaje.

Masywne biurko i kredens stoją w centralnym miejscu muzeum, które Mirosław Ganobis stworzył w piwnicy jednego z bloków na osiedlu Chemików. Wokół mnóstwo innych staroci. Walizki, dokumenty, butelki, fotografie, stare skrzynie, maszyna do pisania, książki, obrazy, a nawet metalowa tablica z napisem Auschwitz.

- Mieszkaniec Dworów z radości, że Rosjanie wkroczyli i przegonili Niemców, zdjął ją z rogatek miasta - mówi Ganobis. - Potem posłużyła mu do zrobienia daszka na ulicy, a w końcu trafiła do mnie - dodaje.

Mirosław Ganobis poszukuje pamiątek na pchlich targach, giełdach staroci i aukcjach internetowych. - Wolę pieniądze lokować w starociach, niż iść na piwo - śmieje się pan Mirosław. - Nie żal mi było dać za pocztówkę z synagogą 400 złotych. Teraz jest warta tysiąc złotych, ale nie sprzedam jej za żadne skarby, jest jedyna na świecie - dodaje.

Pasjonat historii nigdy nie rozstaje się ze swymi pamiątkami. Może wypożyczyć eksponaty, zrobić kopie, ale nigdy ich nie odsprzeda. Swojego drogocennego archiwum nie kryje przed światem. Dla podobnych sobie pasjonatów historii ma otwarte zbiory.

- One są otwarte dla wszystkich - mówi Ganobis. - Można nie tylko pooglądać, ale i dotknąć wszystkiego. Zapraszam osoby indywidualne i młodzież szkolną - dodaje.
Wystarczy umówić się na wizytę drogą elektroniczną, zapowiedzieć się przez e-mail mirren@poczta.onet.pl

 Źródło: http://oswiecim.naszemiasto.pl/

sobota, 6 lutego 2010

Oświęcimskie bunkry to wysypiska śmieci

Oświęcimskie bunkry i schrony z czasów II wojny światowej zamieniają się w wysypiska śmieci. Stare pralki, lodówki i telewizory to tylko niektóre z akcesoriów, jakie można odnaleźć we wnętrzach schronów.



O skandalicznym stanie zabytkowych bunkrów powiadomił "Gazetę Krakowską" Mirosław Ganobis, mieszkaniec Oświęcimia i nasz Czytelnik. Razem z nim nasi reporterzy wybrali się w teren. Odwiedziliśmy kilkanaście bunkrów. Tylko te najbardziej niedostępne lub pozamykane na trzy spusty nie przypominały wysypisk.

Najgorzej było przy ulicy Dąbrowskiego oraz w oświęcimskim "małpim gaju", gdzie ktoś zadał sobie sporo trudu, by przyciągnąć tu starą lodówkę i roztrzaskany telewizor.

- Jestem zszokowany. Po pierwsze, nie rozumiem, jak można pozwolić, by te zabytkowe miejsca obracały się w totalną ruinę. Po drugie, należy je zabezpieczyć, bo tu każdy teraz może wejść i jeszcze krzywdę sobie zrobi - ostrzega Mirosław Ganobis.

Po interwencji "Gazety Krakowskiej" urząd miasta, który pełni nadzór nad tymi obiektami, zapewnił, że pilnie zajmie się sprawą.

- Służby komunalne zostaną natychmiast powiadomione - informuje Katarzyna Kwiecień, rzecznik prezydenta Oświęcimia.

Reporterzy "Gazety Krakowskiej" sprawdzą, czy urzędnicy miejscy dotrzymają sowa.

Wrócimy do tej bulwersującej sprawy.


Leszek Pniak 

Źródło: Gazeta Krakowska

niedziela, 27 grudnia 2009

Miejskie muzeum na 20 metrach

W niewielkim pokoju zmieścił blisko tysiąc oryginalnych fotografii, dokumentów, pocztówek, butelek, etykiet, plakatów. Na piętrze domu należącego do słynnego rodu kominiarskiego Pomietlarz kolekcjoner Mirosław Ganobis zgromadził kawał historii Oświęcimia i okolic.


Zebrane przez Ganobisa materiały dokumentują zarówno oficjalne, jak i prywatne epizody z życia dawnych mieszkańców Oświęcimia. Na co dzień szef firmy montującej okna, każdą wolną chwilę i pieniądze przeznacza na swą pasję. Zgromadzone przezeń zbiory to przede wszystkim pocztówki, fotografie, butelki z miejscowych wytwórni trunków i etykiety, dokumenty, weksle i wiele innych bibelotów. Niejednokrotnie, zanim trafiły do kolekcji Mirosława Ganobisa, przez kilka dekad wypełniały zakurzone strychy, piwnicy, szuflady oświęcimian. Wystawały z kredensów między porcelaną, nie absorbując uwagi ludzi, u których się pojawiły w różnych okolicznościach.

Znaczna część tych przedmiotów uległaby zapewne całkowitemu zniszczeniu gdyby nie wysiłek pana Mirosława. Uparcie chodził, pytał, rozmawiał, prosił i wreszcie dostawał lub też i kupował. Kiedy na terenie Oświęcimia wyczerpały się zasoby pamiątek, kolejnym obszarem poszukiwań reliktów przeszłości stały się giełdy starych pocztówek. W poszukiwaniu reliktów przeszłości wyjeżdżał nawet do Czech i na Słowację. Teraz bardzo pomocny w zbieraniu jest portal aukcyjny Allegro.

W pokoju wypełnionym pamiątkami z przeszłości wzrok przykuwa czarna masywna szafa. To oryginalny mebel z biura Haberfelda. W środku kryje prawdziwe skarby – ponad 100 oryginalnych butelek z fabryki wódek i likierów słynnej żydowskiej rodziny od pokoleń związanej z Oświęcimiem.

– Każda z nich jest inna. Poza tym ponad 70 etykiet z nazwami firmowych wyrobów i dwa pękate segregatory z dokumentami z działalności fabryki – wylicza. – Haberfeld był potentatem w produkcji trunków w Oświęcimiu. Choć nie jedynym. Mam również butelki pochodzące z fabryk konkurentów: Henenberga, Silbigera,Hollendaera, Silfena, Leiblera, Kurtza.

Ojciec pana Mirosława pracował w znacjonalizowanej po wojnie rozlewni napojów. Pewnego dnia podrzucił synowi kilka kolorowych etykiet znalezionych w dawnej fabryce Haberfelda.

– Robiliśmy porządki na strychu – uśmiechnął się ojciec zaspokajając ciekawość syna.

Mirek połknął bakcyla. By dotrzeć do innych pamiątek z przeszłości żydowskiego potentata zatrudnił się w rozlewni. Został konwojentem. Po kolejnych usilnych prośbach w końcu dostał zgodę od przełożonej na poszperanie po strychu.

Kolekcja młodego Ganobisa rosła w oczach. W poszukiwaniu śladów przeszłości pukał do domów starszych oświęcimian, którzy niegdyś pracowali u Haberfelda. Na swoją pasję potrafił wydać ostatnie pieniądze.
Przełomowym wydarzeniem w jego kolekcjonerskiej drodze było odkrycie w podziemiach słynnej kamienicy kilku tysięcy gotowych do wysyłki butelek.

– Po upadku PRL-u Haberfeldowie, których los rzucił do Australii i USA przysłali do Oświęcimia swoich emisariuszy - studentów prawa i architektury. Chcieli odzyskać swą własność. Abraham, młody człowiek studiujący architekturę udał się ze mną do kamienicy. Sprawdzał między innymi stan fundamentów. Mieliśmy na to zgodę ówczesnego prezydenta Oświęcimia Dariusza Dulnika – opowiada Ganobis.

Schodząc do piwnicy Mirek zauważył nagle zamurowane wejście. Na zewnątrz wystawały fragmenty zawiasów jakichś drzwi. Wykuł kawałek dziury, poświecił latarką i... oniemiał z wrażenia. W środku, na sianie, jedna na drugiej leżało kilka tysięcy (!) butelek sygnowanych znakiem firmowym Haberfeldów.

– Tuż obok leżały jakieś dokumenty. Wśród nich gazety z lat 30. XX wieku i książki. Kiedy wziąłem je do ręki, jedna po drugiej zaczęły się rozsypywać. Mój wzrok przykuła książka z podpisem Erwina Haberfelda. Jedyna, która się nie rozleciała. Spakowałem ją, a potem wysłałem na drugi koniec świata. Do Australii, do właściciela tejże książki – wspomina Ganobis.

Kiedy dotarła do adresata, Erwin Haberfeld nie krył wzruszenia. Wszak zostawił tę książkę w rodzinnym mieście, tuż przed wojną. Zanim na zawsze wyjechał z Oświęcimia.

Minęły kolejne dwa lata. Budynek został zamknięty na przysłowiowe cztery spusty. Tak się przynajmniej wydawało mojemu rozmówcy. Pewnego dnia jadąc autobusem obok kamienicy zobaczył, że z wnętrza domu niesamowicie się kurzy. Pootwierane okna sugerowały, że ktoś próbuje robić w środku generalne porządki. Mirek zaniepokoił się nie na żarty. Tym bardziej, że jakiś czas wcześniej dostał od żydowskiej rodziny wszelkie pełnomocnictwa do reprezentowanie ich interesów na miejscu.

– Wpadłem do środka. Patrzę, a tam jacyś nieznani mi ludzie robią przewracają kamienicę do góry nogami. Pomyślałem, że może budynek został komuś sprzedany, a nowy właściciel wynajął ludzi, by uporządkowali wnętrze. Z drugiej strony wiedziałem, że przecież w sądzie sprawa roszczeń Haberfeldów nie była wciąż sfinalizowana – wspomina. – Sprzątający twierdzili, że dostali polecenie od ówczesnego prezydenta Andrzeja Telki na uporządkowanie wnętrza. Tyle że to nie miało nic wspólnego ze sprzątaniem. Jedna wielka dewastacja. Wyrywali kable ze ścian, metalowe elementy z ocalałych pieców. Z pokoi zniknęły całe połacie parkietu. Powyrywali drzwi z zawiasów.

Ganobisa coś tknęło. Zszedł do piwnicy, by sprawdzić, co dzieje się z kilkoma tysiącami butelek, do których dotarł dwa lata wcześniej. Po drodze natknął się na leżące pękate reklamówki. A w nich, a jakże, wspomniane butelki. Kiedy dotarł na miejsce, „wyparowała” już połowa ze szklanego skarbu.

– Poinformowałem komendanta Straży Miejskiej w Oświęcimiu Piotra Ichniowskiego, że ktoś rozkradł tysiące cennych butelek. Przyjął zgłoszenie. Nie dałem za wygraną. Prosto od niego udałem się do prezydenta. Poskarżyłem się, pytając, dlaczego miasto nie zabezpieczyło kamienicy przed rabunkiem i dewastacją. Prezydent wyrzucił mnie z gabinetu – twierdzi Ganobis.

Jakież było zdziwienie pełnomocnika rodziny Haberfeldów, gdy tuż po tym incydencie dowiedział się, że do oświęcimskiej prokuratury wpłynęło z magistratu zawiadomienie o podejrzeniu kradzieży butelek przez... niego. Ostatecznie sprawa została umorzona.

Historia zabytkowego budynku skończyła się kilka lat temu na oczach tysięcy oświęcimian. Haberfeldom nie udało się odzyskać własności. Popadające w ruinę obiekt w końcu trafił w ręce osób ze Śląska. Nowi właściciele nie dbali o rozsypującą się zabytkową kamienicę. W końcu nie pozostało nic innego, jak tylko zrównać ją z ziemią. Na transakcji ubili świetny interes. Kamienicę kupili za kilkadziesiąt tysięcy złotych i dwa auta w rozliczeniu. Po licznych perypetiach teren nabyli dwaj młodzi oświęcimscy architekci. Wraz z międzynarodowym konsorcjum chcą tu postawić czterogwiazdkowy hotel na 150 pokoi. Obok ma stanąć nowoczesny magistrat i galeria handlowa.

Felicja Haberfeld, która rodzinny dom opuściła tuż przed wybuchem II wojny światowej, udając się na wystawę światową do Nowego Jorku, dziś mieszka w Los Angeles. Ma 97 lat. Boi się powrotu do Oświęcimia. To miejsce wywołuje w niej bolesne wspomnienia. Gdy z mężem płynęła do Ameryki, w domu została malutka córeczka. Wraz z resztą rodziny zginęła podczas okupacji z rąk Niemców. Po dziś dzień Felicja nosi w sobie poczucie winy.

Mirosław Ganobis na co dzień współpracuje z miejskim instytucjami, m.in. z Muzeum Auschwitz i zbiorami historycznymi w oświęcimski zamku, gdzie znajduje się gros jego eksponatów. Posiada sporo książek z XVIII i XIX wieku związanych z Oświęcimiem i okolicą. Pokój wypełniają reklamy prężnych firm niegdyś funkcjonujących w mieście, jak choćby słynnej montowni samochodów „Oświęcim-Praga” (obecnie OMAG), którymi jeździł m.in. Jan Kiepura i Ada Sari.
Pan Mirosław ma też zbiór pamiątek należących do esesmańskiej załogi KL Auschwitz-Birkenau, w tym obraz prawej ręki osławionego dra Mengele. Obok wzrok przykuwa tablica z okresu okupacji ze złowieszczym napisem „Auschwitz. Kreis Bielitz”...










Żródło: www.super-nowa.pl

wtorek, 15 grudnia 2009

Budowlani zaczęli wgryzać się w betonowy schron

Solidny niemiecki beton poddaje się młotom i świdrom. We wtorek ruszyła rozbiórka bunkra na Rynku Głównym w Oświęcimiu.




Pracownicy firmy rozbiórkowej zapewniają, że do sylwestra po schronie nie będzie śladu. - Jesteśmy zaskoczeni. We Wrocławiu z podobnym bunkrem szło nam jak po maśle. Ten w Oświęcimiu jest o wiele solidniejszy - informuje Jerzy Bac, prezes firmy "Bactrans" z Wrocławia, która zajmuje się rozbiórką schronu. Jak zapewnia, bunkier zniknie z powierzchni ziemi przed Nowym Rokiem.

- Będziemy pracować od rana do późnych godzin wieczornych. Nawet w śniegu i mrozie, jeśli pogoda nie będzie dla nas łaskawa - deklaruje prezes firmy. Bunkier jest bardzo masywny. Jak ocenia Jerzy Bac, ciężarówki będą musiały kursować 30 razy, żeby wywieźć stąd cały gruz.

Prace w sercu miasta idą pełną parą. Podobnie jak w biurze projektowym firmy P.A. Nova, która przygotowuje projekt zagospodarowania Rynku. - Proszę o cierpliwość. Prace przygotowawcze pod kierunkiem Stanisława Lesera wciąż trwają - wyjaśnia Janusz Marszałek, prezydent Oświęcimia.
Centrum Starego Miasta będzie potraktowane kompleksowo.

- W lutym planujemy przeprowadzić konsultacje społeczne. W marcu projekt trafi pod obrady Rady Miasta - przekonuje Gerard Madej, zastępca prezydenta miasta. - Już w lipcu widoczne będą pierwsze efekty tych prac - dodaje.

Władze miasta zapowiadają, że w przyszłym roku oświęcimski Rynek odzyska należny mu blask i prestiż. Pytanie tylko, co uda się zrobić za 1,4 miliona zł. Tyle bowiem pieniędzy zaplanowano w projekcie przyszłorocznego budżetu na przebudowę Rynku.

Sprawdziliśmy, na co te pieniądze wystarczą. W kilku firmach architektonicznych przyznają, że z taką kwotą miasto nie zaszaleje. Sam projekt architektoniczny kosztuje w granicach 30 - 40 tys. złotych. Wybrukowanie całego Rynku kostką granitową to wydatek rzędu przynajmniej pół miliona złotych.
Oczko wodne o powierzchni 30 metrów kwadratowych plus fontanna, to kolejne 30 tysięcy. Zostanie jeszcze na posadzenie kilku drzewek i zamontowanie ławeczek.

W innych miastach postarano się o środki unijne. Zarząd Województwa Małopolskiego podzielił na rewitalizację miast prawie 250 milionów złotych. Oświęcim będzie musiał przyjąć oszczędną wersję. - Więcej pieniędzy nie ma i nie będzie. Póki co, to nawet nie mamy projektu, więc ten 1 milion 400 tys. zł, to zamrożone pieniądze - uważa Krzysztof Kuczek, radny miejski.

Co gorsza, urzędnicy wciąż nie mają pomysłu na przyszłość Rynku. - Jeszcze będziemy się zastanawiać, co zrobić z głównym placem miasta - przyznaje Piotr Kućka, przewodniczący Rady Miasta Oświęcim. - Rzadko się zdarza, żeby robić Rynek na nowo w mieście, które ma ponad 800 lat. Moim zdaniem, powinien być rozpisany konkurs architektoniczny. Trzeba dużo rozwagi. Pośpiech jest niewskazany - dodaje.

M.Pawłowska, L. Pniak

Źródło: gazetakrakowska.pl

sobota, 12 grudnia 2009

Koniec wojny na Rynku

Władysława Kadela pokazuje stare zdjęcie z bunkrem postawionym przez okupanta na oświęcimskim Rynku Głównym. – Cieszę się, że dożyłam chwili, gdy ten relikt przeszłości stąd zniknie – powiedziała nam starsza oświęcimianka. W przyszłym tygodniu powinna rozpocząć się rozbiórka potężnego obiektu.

Zgodę na wyburzenie poniemieckiego bunkra, na którym do niedawna posadowiony był obskurny pawilon handlowy „Tęcza” wydał małopolski konserwator zabytków Jan Janczykowski. Taka decyzja wydawała się oczywista i mało kto wyobrażał sobie inne rozwiązanie.

– Bunkier powinien przestać istnieć przed końcem roku – powiedziała nam w piątek Katarzyna Kwiecień, rzeczniczka Urzędu Miasta.

Oznacza to, że w przyszłym tygodniu na środek oświęcimskiego Rynku Głównego wrócą robotnicy z wrocławskiej firmy, która pod koniec listopada zaczęła wyburzanie „Tęczy”. Jerzy Bac, szef firmy rozbiórkowej Bactrans przyznaje, że wyburzenie bunkra będzie znacznie trudniejsze niż posadowionego na nim do początków grudnia pawilonu handlowego.

– Zostanie rozebrany metodą klinów trójdzielnych i metodą chemiczną. Ze względu na sąsiedztwo ze starymi kamienicami nie można zastosować w tym przypadku metody wybuchowej ani udarowej – wyjaśnia Bac.

Mirosław Ganobis, znany kolekcjoner pamiątek związanych w Oświęcimiem nie mógł pominąć okazji jaką była rozbiórka „Tęczy”.

– Udało mi się znaleźć pięć granitowych kostek, które miały tłumić uderzenie od góry w bunkier w przypadku bombardowań. Niemcy wyłożyli trzy warstwy tychże kostek, o czym świadczą zdjęcia z okresu okupacji – przytacza Ganobis. – Są dosyć ciężkie, ale przyznam, że ich nie ważyłem – dodaje z uśmiechem.

Dla siebie zostawił jedną kostkę. Pozostałe rozdał ludziom interesującym się historią miasta. Jeden egzemplarz przekazał do zamkowych zbiorów.

W przejściach pod bunkrem pan Mirosław natknął się na beczkę z 1938 r. z niemieckimi napisami i danymi producenta.

– Wylewając z niej kamienie natknąłem się na jest hełm żołnierski, prawdopodobnie sowiecki. Wkrótce pójdzie do renowacji – obiecuje.

Sama beczka jest w tej chwili czyszczona. Dzięki napisowi wiemy już, iż widnieje na niej nazwa firmy komunalnej, która po dziś dzień funkcjonuje w Niemczech.

– Świetnie prosperuje i zatrudnia 6,6 tysięcy pracowników – precyzuje Ganobis.

Władze miasta wciąż nie mają gotowego projektu zagospodarowania płyty Rynku Głównego po wyburzeniu „Tęczy” i bunkra. Mają za to nadzieję, że uda się przenieść na przyszły rok pieniądze na ten cel z tegorocznego Oświęcimskiego Strategicznego Programu Rządowego.
Opozycja, głównie z PO, zarzuca prezydentowi Januszowi Marszałkowi, iż poprzez swoją nieudolność przegapił szansę na 15 mln zł na rewitalizację starówki z funduszy unijnych.

– Nie startowaliśmy w pierwszym naborze, bo nie mieliśmy gotowego planu rewitalizacyjnego, z którego bylibyśmy zadowoleni – przyznaje Gerad Madej, zastępca prezydenta Oświęcimia.

Prezydent Marszałek deklaruje, że miasto przystąpi do przyszłorocznego naboru. Problem w tym, że władze województwa chcą zmienić warunki gry i zrezygnować z kolejnego naboru w ramach lokalnego programu rewitalizacji. Prezydent Oświęcimia napisał do marszałka województwa małopolskiego, by nie zmieniał dotychczasowych zasad. Jednak dopiero w lipcu 2010 roku oświęcimski magistrat zamierza złożyć pierwsze projekty rewitalizacyjne do naboru w ramach Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego.

– W tym momencie lokalny plan rewitalizacji dla naszego miasta jest w fazie opracowywania zmian – nie ukrywa wiceprezydent Madej. – Na przełomie grudnia i stycznia dokument trafi do konsultacji w urzędzie. W lutym planujemy przeprowadzenie konsultacji społecznych, a miesiąc później przedstawienie planu do uchwalenia Radzie Miasta.

Oświęcimscy urzędnicy opierają zarzuty, że nie potrafią pozyskiwać funduszy na odnowienie miejscowych zabytków. Wiceprezydent Madej przypomniał, że w zeszłym roku miasto pozyskało milion złotych na konserwację i podwyższenie średniowiecznej wieży oświęcimskiego zamku. Sęk w tym, że już kilka razy przesuwano termin otwarcia baszty dla turystów, bo co rusz pojawiają się kolejne trudności.

Gerard Madej wspomniał też, że parę lat wcześniej miasto zdobyło kilkumilionowe wsparcie na rewitalizacje samego zamku. Z efektów pracy specjalistów nie wszyscy byli zadowoleni. Część oświęcimian uznała, że zabytkowy obiekt stracił walor historyczny. Urząd dostał również fundusze z tzw. programu górniczego i chemicznego na wybrukowanie uliczek w Rynku. Problem w tym, że zwycięska firma wykonała zadanie tak, iż panie na obcasach wpadają w przerwy między kostkami.






Źródło: www.super-nowa.pl

sobota, 28 listopada 2009

OŚWIĘCIM. Siedem dni i po Tęczy

Na usunięcie pawilonu firma z Wrocławia ma siedem dni

W sobotę minął trzeci dzień wyburzania Tęczy w Rynku Głównym. Wykonawca ma na to siedem dni. Później w sercu miasta pojawi się małopolski wojewódzki konserwator zabytków, który zdecyduje, czy można usunąć nadziemną część schronu przeciwlotniczego, wybudowanego w 1943 roku przez Niemców.


Gdy konserwator każe usunąć bunkier, firma z Wrocławia będzie miała na to kolejne siedem dni. Płyta Rynku Głównego stanie się całkiem płaska. Nie wiadomo natomiast kiedy nastąpi rewitalizacja centrum Oświęcimia. Magistrat nie ma jeszcze projektu przebudowy Rynku.

Źródło: faktyoswiecim.pl

piątek, 27 listopada 2009

„Tęcza” znika raz na zawsze


Wygląda jak po wybuchu bomby, a mimo to mieszkańcy nie ukrywają radości. Ruszyła „Operacja Kartagina”, czyli długo oczekiwana rozbiórka peerelowskiego pawilonu handlowego „Tęcza” w Oświęcimiu. Psujący otoczenie Rynku Głównego betonowy klocek ma zniknąć w ciągu tygodnia. Gruz z rozebranej „Tęczy” wypełni ponad 50 ciężarówek!


– To historyczna chwila dla oświęcimian, na którą czekaliśmy od wielu lat – nie kryje zadowolenia Bogusław Sobala, szef Klubu Starówka i Rady Osiedla Stare Miasto.

Budynek pawilonu handlowego „Tęcza” powstał w 1966 r. jako nadbudowa niemieckiego schronu przeciwlotniczego z okresu II wojny światowej. Piętrowy obiekt ma konstrukcję stalową. Pod koniec marca miasto stało się jedynym właścicielem „Tęczy”. Po żmudnych negocjacjach odkupiło obiekt od osób prywatnych za ponad 2 mln zł. Radni zgodzili się z prezydentem, że „Tęczę” należy wyburzyć.

Rozbiórka miała zacząć się na początku tego miesiąca, ruszyła jednak dopiero 26 listopada.
– Musieliśmy uzyskać pozwolenie małopolskiego konserwatora zabytków. Wszystkie procedury zostały dopełnione i mogliśmy w końcu przystąpić do rozbiórki obiektu – tłumaczy Jerzy Bac, prezes spółki Bactrans z Wrocławia. – Myślę że w ciągu tygodnia uporamy się z tym budynkiem.

Pawilon handlowy jest wyburzany metodą tradycyjną. Natomiast sam bunkier, o ile zostanie wydana zgoda na jego wyburzenie, będzie rozebrany metodą klinów trójdzielnych i metodą chemiczną. Ze względu na sąsiedztwo ze starymi kamienicami nie można zastosować w tym przypadku metody wybuchowej ani udarowej.

– Nic nikomu nie grozi – uspokaja mieszkańców okolicznych budynków szef Bactransu. – Mamy doświadczoną ekipę, a pierwsze rozbiórki robiliśmy jeszcze w latach 80. zeszłego wieku. Dotąd było ich ponad 30.

Obliczono, że gruz z „Tęczy” wypełni ponad 50 ciężarówek.

– W drugiej dekadzie grudnia nie będzie już śladu po tym szpecącym centrum Starego Miasta obiekcie – obiecuje prezydent Oświęcimia Janusz Marszałek.

Jak będzie wyglądać oświęcimski Rynek po wyburzeniu „Tęczy”? Pomysłów jest wiele. Te najczęściej powtarzające się w ankietach i na spotkaniach z architektami postulują wybudowanie okazałej fontanny, odtworzenie historycznej studni i pomnika św. Nepomucena, a nawet postawienie nowego ratusza. Rynek ma zachować historyczny charakter, ale być zarazem funkcjonalny, czyli zacząć żyć po zmierzchu.

Większość oświęcimian chce wyprowadzenia z centrum ruchu samochodowego. Godzą się na to również miejscowi handlowcy, pod warunkiem wszakże, że miasto wybuduje alternatywny parking na terenie Starego Miasta.

Nie wiadomo, co stanie się z tunelami pod bunkrem. Prawdopodobnie powstały one na planie... swastyki. Jeden z korytarzy przebija podziemia starego ratusza, który spalił się w 1863 r.
– Może należałoby pomyśleć o ich udostępnieniu mieszkańcom i turystom? – zastanawia się Bogusław Sobala.










Fot: lor
Źródło: www.super-nowa.pl